24 Obserwuję
Vertica

Vertica

Gra o Ferrin

Gra o Ferrin - Katarzyna Michalak „Gra o Ferrin, czyli jak nie pisać powieści fantastycznej” według Katarzyny Michalak. Zwiedziona pochlebnymi opiniami zamieszczonymi na czwartej stronie okładki, kupiłam egzemplarz z wydawnictwa Albatros, nie przyjrzawszy się w sklepie ani okładce, ani zawartości. To był błąd. Nie oceniaj książki po okładce, mówili. Będzie fajnie, mówili. Generalnie rzecz biorąc, na grafice kompletnie się nie znam, a wszelakie twory grafików z talentem nawet niewiele większym od mojego (co trudne nie jest), przyjmuję raczej bezkrytycznie. W wypadku tej okładki nawet ja zauważyłam, że wygląda nieco… nieprofesjonalnie. A grzbiet razi po oczach strażacką czerwienią, więc nawet na półce ładnie nie wygląda. Styl Michalak przyprawia o chęć skoczenia z mostu. W skrócie wygląda to tak: pisze, pisze, pisze normalnym językiem, a tu nagle bum! – wstawia losowo wyrazy typu „li” czy „winna” zamiast „powinna” (i to nie w dialogach, co byłoby dopuszczalne, ale w opisach) i wraca do współczesnego na jakiś czas, po czym znowu niespodzianka, i tak w kółko. Proponuję się zdecydować, bo to nieco konfunduje czytelnika. Tak zachwalane, wylewające się ze stronnic książki emocje, uważam za zdecydowanie przereklamowane. Jak dla mnie, opisy czegokolwiek są zdecydowanie nieplastyczne, a wszelakie uczucia głębokie niczym woda w kałuży. Karolina przyjeżdża do umierającej siostry. Aha. Zabijają jej znajomych. No spoko. Michalak nie potrafi operować emocjami odbiorcy, przedstawia tylko suche fakty, które zupełnie nie wciągają czytelnika, nie sprawiają, że czyta z wypiekami na twarzy. Główna bohaterka, Karolina vel Anaela, osoba (początkowo) cnotliwa i wielkiego miłosierdzia, irytuje od samego początku, z każdą stroną coraz mocniej. To jej narzekanie pod tytułem „och ja nieszczęsna, moje wybory sprowadziły śmierć na tylu ludzi, gdybym mogła cofnąć czas…” sprawia, że ma się ochotę przyrżnąć jej pierwszym lepszym mieczem w łeb, tak dla opamiętania. Użalanie się nad sobą bohaterów wcale nie przysparza im miłości czytelników, naprawdę. Jeśli już o umieraniu mowa, autorka ma głupi zwyczaj wprowadzania postaci w ilościach hurtowych, żeby za kilka czy kilkanaście stron ot tak sobie umarli czy zostali przypadkiem zabici. Takie nagromadzenie wymyślnych nazwisk jest mylące, tym bardziej, że ciężko niektóre przeczytać, a co dopiero zapamiętać. Zresztą, po co zapamiętywać, skoro i tak umrą. Wytrzymałość bohaterów jest niesamowicie wyolbrzymiona. O ile zaprawiony w boju żołnierz może potrafi co nieco przetrzymać, o tyle młoda dziewczyna wzięta z „naszego” wygodnego świata chyba powinna mieć problemy z przeżyciem, przykładowo, porządnego biczowania. Kolejnym błędem było wciskanie podtekstów erotycznych gdzie popadnie. Nie mówię, że one same w sobie są złe, bo przecież gatunek jakoś trzeba przedłużać, ale akcja na zasadzie „przyszła kobieta do faceta w celach czysto zawodowych i po kilkunastu sekundach już byli w łóżku” powtarzana na okrągło jest wręcz niesmaczna. A dziewczyna o nazwisku de Sade (tak, dokładnie jak ten słynny markiz) jest już lekkim przegięciem. Zakończenie, skądinąd rzadko w powieściach stosowane, pozwala sądzić, że następnych części, choć zapowiedziane, nie będzie. Oby.