24 Obserwuję
Vertica

Vertica

Zawładnięci

Zawładnięci - Elana Johnson Sięgając po tę książkę zdecydowanie liczyłam na coś lepszego. Teksty z okładki porównujące ją do Igrzysk Śmierci, Delirium czy nawet 1984 nie wspomniały jednak, że w porównaniu z tamtymi ta wypada zdecydowanie słabo. Heroizowani bohaterowie, chaos, powtarzalność motywów czy jedna dziewczyna zakochana w dwóch chłopakach to tylko nieliczne z grzechów Zawładniętych. Główną bohaterką jest buntowniczka Violet, Vi, V (jak można zdrabniać imię do jednej litery?), mieszkająca z nieprzychylną jej matką, mająca narzeczonego Zenna z którym łamie REGÓŁY (pisownia oryginalna, za to i za błędy fleksyjne korektor powinien klęczeć na grochu), poprzez na przykład spacer po parku (ach ta dzisiejsza... czy raczej przyszła młodzież) i robiąca wszystko, byle tylko wpakować się do więzienia, co w końcu jej się udaje. Buntuje się przeciwko Tym-Od-Myślenia, którzy Dobrym Ludziom robią papkę z mózgu za pomocą najnowszej techniki. Dziwnym zbiegiem okoliczności, chociaż całe więzienie zieje pustkami, ona trafia do jednej ciasnej celi z zabójczo przystojnym chłopakiem, Jagiem. Vi nie byłaby sobą, gdyby nie próbowała uciec. No to spróbowała raz, nie udało jej się (co było pierwszym i ostatnim razem), jednak za drugim uciekają wspólnie i rozpoczynają swą wyczerpującą wędrówkę do Złych Ziem i jeszcze dalej. Przez cały ten czas toczy się wewnętrzna walka między chęcią bycia wolnym a głosem w głowie, który każe jej być dobrą. Fakt nazywania w naszym pojęciu złych Dobrymi i odwrotnie jest irytujący i nużący zarazem. Ja jestem dobra, ale będę zła, ale sama nie wiem czego chcę, już nigdy nie będę z Zennem jak ucieknę, blabla. Podoba mi się Jag, ale powiem mu coś, więc się obrazi, potem ja się obrażę że on się obraził i tak w kółko. Wiem, że on kłamie, ale mu wierzę. Nie powinnam, ale wierzę. Jestem głupia, ale to nic. Tandetna bohatereczka z idiotycznymi przemyśleniami sprawiała, że miałam ochotę przywalić jej z jakiegoś najnowszego technowynalazku, żeby skonała w męczarniach. Bo, a jakże, sama technika nie wystarczy, superbohaterowie powinni posiadać supermoce. I posiadają, a jakże! Oczywiście wykorzystują je nieświadomie, potem świadomie, potem obiecują, że ich nie będą na sobie używać, ale jakoś tak przypadkiem wychodzi, że używają... Rozgarnięci niczym kupa żwiru, naprawdę. Całość opisana jest niezwykle chaotycznie, jakby ktoś powycinał po kilka zdań z niektórych akapitów, żeby się zmieścić w limicie znaków. Równie chaotyczny jest podział na rozdziały, jeśli można to tak nazwać. Ot, ktoś między jednym akapitem a drugim czasem sobie wrzucił kolejne cyferki, żeby nie było, że nie ma rozdziałów. Przynajmniej ja tak to widzę. Kolejną techniczną rzeczą utrudniającą czytanie było wciskanie durnych neologizmów, zlepków wyrazów typu Violomowy czy fryzurozazdrości. Jakby nie można było tego zastąpić normalnymi wyrazami. Kolejnym błędem było wrzucenie co pewien czas zwrotów do adresata. I to w liczbie mnogiej. No przepraszam bardzo, nie jestem na tyle szeroka i nie muszę siadać na dwóch krzesłach jednocześnie, więc chyba nie można mnie brać za dwie czy więcej osób. Tym bardziej, że te zwroty były kompletnie losowo wrzucone; tekst zyskałby, gdyby ich nie było. Wcześniej wspomniałam o błędach fleksyjnych, teraz dorzucę do tego perełkę, którą aż sobie zanotowałam, mianowicie: "umysł wprawiony w drżenie". Kiedy to zobaczyłam, po prostu przerwałam czytanie i zaczęłam się zastanawiać, jak to powinnam sobie wyobrazić. I po nieudanej próbie zrozumienia tego machnęłam ręką i wróciłam do zawiłych perypetii Violet. Na szczęście było już blisko zakończenia. Punkt kulminacyjny i nieco wydarzeń przed nim pobiło chaotycznością na głowę wszystkie poprzednie opisy. Zabieg typu "boli mnie wszystko, nie wiem co się dzieje", kiedy opowieść pisana jest z perspektywy pierwszoosobowej, zdecydowanie nie służy czytelnikowi, a jedynie sprawia, że nie wie, co tam się w końcu stało, a co jednak nie. Na pochwałę zasługuje zakończenie. Z bólem serca, ale muszę przyznać, że takiego się nie spodziewałam. Po głębszym zastanowieniu i tak stwierdziłam, że nie ma sensu, bo książka jakby wróciła do punktu wyjścia, ale lepsze takie, niż coś przewidywalnego. Wynagrodziło ono nieco zmarnowany czas, chociaż na szczęście nie było go tak dużo ze względu na rozmiary książki.